11/17/2011

Lato jesienią

Skąd wziąć lato jesienią?

Wystarczy pojawić się w sobotę w godzinach wieczornych w katowickiej Hipnozie. Będzie tam taki śmieszny pan. Będziemy też my. Będzie fajna muzyka i dobra zabawa. Podrygi, frygi, drygi. Grzane wino z malinami i kobiety wymalowane złotem.

El guincho to po hiszpańsku rybołów.

Mam duże oczekiwania dotyczące tego koncertu. Obym nie została zawiedziona!

Vive l'Ars Cameralis!

UWAGA! SŁUCHANIE GROZI ZAPĘTLENIEM!

11/14/2011

Jesień bez melancholii - propozycje filmów No2

Słowo się rzekło, kobyłka u płotu.


Postanowiłam pokazać, że jesień nie musi być wyłącznie melancholia płynąca. Refleksja i smuteczek są potrzebne. Nawet bardzo. Ale po każdym spadku nastroju, przychodzi w końcu równowaga, jest lepiej. Cytując Wayne'a Coyne'a: 


"You realize the sun doesn't go down
It's just an illusion caused by the world spinning round"


Także ten, tego... Przeczekajmy ciemny miesiąc, oglądajmy filmy, z których wylewają się ciepłe emocje... Lista + linki do miejsc, gdzie można je obejrzeć online poniżej. Enjoy!



11/13/2011

Jesień z melancholią: propozycje filmów (no 1)


Początek listopada jeszcze nigdy nie był tak smutny i jednocześnie piękny (w czysto wizualnym ujęciu).
Po długiej i trudnej przerwie powracam z 3 częścią jesiennego cyklu.  Postanowiłam odejść na chwilę od muzyki i skupić się na filmie. Dzisiaj zaproponuję 2 dzieła, które wywarły na mnie spore wrażenie, zatrzęsły gruntem pod stopami. 
Jeden z nich przedstawia człowieka, który robi wszystko, by stać się kimś innym. Bohater drugiego filmu zostawia wszystko, by być sobą.  Cholernie smutne to wszystko.

1.    „Być jak John Malkovich” – majstersztyk duetu Jonze - Kaufman (zachwycaliśmy się nim tutaj)
KOMEDIA?!
Historia człowieka, który tak bardzo chce podobać się innym i podnieść samoocenę, że zatraca siebie. W swoim śmiesznym pragnieniu bycia kimś „fajniejszym” rujnuje wszystko, co posiadał. Jak zdesperowanym i nieszczęśliwym trzeba być, żeby zrezygnować z siebie samego?
Chyba każdy przynajmniej raz w życiu pomyślał: „Chciałbym być nim/nią, chociaż na chwilkę”. Co może się wydarzyć, gdy taka myśl wyjdzie poza sferę marzeń? Ten film doskonale to obrazuje.
I co, śmieszne? Nie wydaje mi się. To nie jest komedia (ani czarna, ani inna). To czysta tragedia. Co z tego, że okraszona takim ogromem absurdu? Ach, nie chcę się wkręcać znów w wysławianie Charliego Kaufmana. Dobra, tylko jedno słówko: GENIUSZ.




Dlaczego ten film niebezpieczne zahacza o 10/10?
- Charlie Kaufman (i wszystko jasne)
- Spike Jonze (tu też)
- konstrukcja postaci: charakter, zachowanie, wygląd, och! (czy ja znowu wracam do Kaufmana?)
- dawka absurdu, która w sumie powinna być zakazana (Kauf…)
- bardzo dobra muzyka
- John Malkovich (nie muszę nim być, ale chciałabym chociaż na chwile mówić jego głosem)
- John Cusack (czasem zagra w jakimś gówienku, ale ma na koncie dużo dobrych ról)
- Cameron Diaz w zupełnie innym wydaniu
- dotyka kwestii, których nie rozkminia się zbyt często, zmusza do przemyśleń (długich i intensywnych)



2. "Wielki błękit"  Luca Bessona         ...bo chyba nie tylko "dzieci kochają delfiny"
   Historia piękna i smutna, momentami frustrująca.  Sama nie wiem, co sądzić o głównym bohaterze. Z jednej strony go podziwiam - był wolny, nie oszukiwał się, żył według swoich zasad. Dlaczego mnie irytował? Zupełnie nieprzytomny, nieprzystosowany, momentami drewniany. Tak bardzo pochłonięty „błękitem”, że życie ziemskie stało się niepotrzebnym dodatkiem  -  „Co z tego, że mam dziewczynę, której spłodziłem dziecko?”.  Jako kobieta byłam na niego wściekła.
Drugi bohater – Enzo (wspaniała rola Jeana Reno!) - jest równie zakochany w podwodnym świecie. Do tego chce być najlepszym nurkiem – nawet za cenę zdrowia, życia. Zapatrzony  w siebie, arogancki, inteligentny, ekstrawertyczny. Wydaje się być przeciwieństwem swojego młodszego kolegi po fachu.




 10/10
Relacja Jacques-Enzo to moim zdaniem najlepszy motyw w filmie. Na wyróżnienie zasługują także: muzyka (nadaje świetny klimat, szczególnie w „podwodnych” momentach) i piękne ujęcia.
Bardzo „refleksjogenny” obraz. Każdy z nas gdzieś, w coś ucieka. Muzyka? Film? Gry? Sport? Alkohol? Zakupy? Może nie jest  to  tak spektakularne, jak nurkowanie w ciemnej głębi  oceanu…


Marlene

11/06/2011

Wojaczek

Dopadł nas listopad. Zagonił w ślepą uliczkę. Daliśmy się mu omamić. Zagłuszeni jego białym szumem trwamy w stagnacji.


Przyszedł czas na Wojaczka. Zaczęło się w liceum - pierwsze otarcie się o poetę z Mikołowa. Poczułam, że "zbójeckie księgi", to nie tylko idea, ale byt realny. Lęk przed wejściem doń - uzasadniony. Podejście drugie - właśnie teraz...

10/22/2011

Jesień z melancholią: propozycje płyt (no 2)

Podobno włączył mi się jesienny spleen. Wspaniale słyszeć takie rzeczy!
Kontynuuję mój cykl, pomimo subtelnych napomnień ze strony Miszki.
Na ostatnich zajęciach dowiedzieliśmy się, że w kwestionariuszu badającym osobowość artyści uzyskują wysoki wynik na skali psychotyczności (na równi z psychopatami i przestępcami). Pomyślałam o moich ulubionych twórcach, a szczególnie o tych, którzy „nie dali rady”. Postanowiłam, że zagoszczą w dzisiejszym odcinku jesiennego cyklu.
Wybrałam 2 osoby, które odebrały sobie życie. Własnymi rękoma (bo nie przez złoty strzał czy zapicie się). <motyw z "Psychozy">

1.    „Unknown Pleasures” Joy Division

Kilka lat temu zabierałam się do tej płyty „jak pies do jeża”, no kłuło cholernie. Na początku przytłoczyła mnie ta mroczna atmosfera. Przypomniało mi się moje gimnazjalne spotkanie z Burzum.
Kolejne przesłuchania, czytanie tekstów, wnikanie w biografię Curtisa - pozwalają lepiej zrozumieć i oswoić. Niepokój pozostaje. Nie potrafię odizolować muzyki od Iana Curtisa. Widzę jego bladą nieprzytomną twarz, obłęd i ogromny smutek w spojrzeniu, ruchy ryby wyrzuconej z wody, w końcu samobójczą śmierć. To nie była kreacja, Curtis nie żartował. No chyba że był fanem czarnego humoru...



Miałam zachęcić, a nie straszyć. Wracam do płyty. 10 dobrych piosenek, zupełnie innych od dzisiejszego "grania". Trudna w odbiorze, ale opłaca się wysilić. Sporo osób nie słucha Joy Division, bo "nie są masochistami" albo "boją się, że wyskoczą przez okno". Głupie gadanie.


i to wszystko bez narkotyków. No chyba że leki na epilepsję tak działają.



2.    "XO" Elliott Smith

        Teraz zwrot o 180 stopni. Przyznam się na początku, że to jedna z moich ulubionych płyt.  Jest cudowna. Przyjemna dla ucha, bardzo melodyjna, a przy tym niezwykle liryczna (nie w tani sposób). Piosenki nie przypominają łkania typu "boziuu, ależ ja jestem nieszczęśliwy, pomóż mi".  Czuć za to zagubienie, nieprzystosowanie do świata, rozczarowanie. Bardzo dobre teksty. Głos Elliotta - wisienka na torcie. Bez ozdobników, popisów. Czujesz bliskość, o której wspominałam już w notce o J.Lekmanie.




 W odróżnieniu  od Joy Divison, podczas obcowania ze Smithem czuję się bezpiecznie. To taki przyjazny smutek, skłaniający do refleksji. Bez strachu. Przeraża jedynie fakt, że  ten świetny facet zrobił sobie coś tak okropnego.