Uwielbiam jesień.
Na zajęciach wbijano nam ostatnio do głów, że pesymizm jest niezdrowy. Prawdopodobnie umrę na zawał serca lub nowotwór, moja odporność na infekcje jest niższa, nie zdobędę pracy i nigdy nie zaznam prawdziwego szczęścia (zdefiniowanego przez optymistów, oczywiście). Mam to w dupie.
Taki Martin Seligman czy inny przemądrzalec nigdy nie doznają w pełni niektórych płyt, nie poczują całym sobą tekstów Morrisseya, Elliotta Smitha, Stephina Merritta czy Iana Curtisa (ta lista może być bardzo długa).
Jeżeli nosisz w sobie prawdziwą melancholię i nie próbujesz jej zwalczać, a nawet kochasz ją rozdrapywać - te propozycje są dla Ciebie.
1. "Sixty Nine Love Songs - disc one" The Magnetic Fields
Piosenki o miłości w słodkogorzkim wydaniu. Z jednej strony tęsknota i żal, rozstania. Z drugiej: totalna ironia, wyśmiewanie romantyzmu. To wszystko okraszone 3 skrajnie różnymi głosami (w tym głos Stephina Merritta, niższego nie slyszeliście). Całość jest imponująca.
Nie chcę pisać zbyt wiele. Te płytę trzeba oswoić w samotności.
Tu mała próbka. Najlepszy tekst "porozstaniowy", jaki znam. Jedna z moich ulubionych pieśni w ogóle.
Coś dla pesymistów.
a tu: komiksowa wariacja na temat piosenki "A chicken with its head cut off"
2. "Down Colorful Hill" Red House Painters
Wspaniałość tej płyty jest wprost proporcjonalna do ilości wylanych przy niej łez (Przeze mnie, oczywiście. Bywało ich naprawdę dużo) . Nie napiszę nic więcej.
Tak to już jest, kiedy jesteś kobietą. Tak to już jest, kiedy jesteś człowiekiem. Naszymi ciałami i umysłami kierują popędy i hormony. Całe nasze życie - biologia i chemia; nic ponad to.
W końcu przychodzi ten dzień, gdy sięgasz na półkę po tomik Poświatowskiej. Przekładasz kolejne strony, oczy rozwierają się i łzy płyną po policzkach. Nim się spostrzeżesz minie godzina.
Kurczę, nie wiem czy tylko ja tak mam, czy to taki syndrom młodej kobiety. Dziwnie blisko mi do Haśki. Przebywając z nią odczuwam potrzebę poznania jej osobiście. Myślę sobie "Jaka ona podobna do mnie..! Ja też tak mam! Chciałabym się z nią przyjaźnić...". To wszystko być może brzmi dość banalnie. I dość mi siebie żal, kiedy piszę takie durnawe notki.
Moje ulubione zdjęcie Haliny.
Chyba mam słabość do takich babek.
I w moim uwielbieniu drzew... Trwam.
Halina Poświatowska*** (dlaczego nie drzewem) dlaczego nie drzewem drzewo o krwiobiegu złotym tak samo pnie się wzwyż zachłannie rośnie dojrzewa w skupieniu w nagrzane słońcem południe rodzi jesienią odrzuca pamięć lata porywczym rękom wiatru oddając liści sierść ekshibicjonizm drzewa i doskonała pod mym łokciem kiedy piszę - śmierć
Nie lubię pisać "recenzji" zaraz po obejrzeniu filmu. Zdaję sobie sprawę, że wtedy moimi myślami żonglują emocje. Cóż, mam kaprys i napiszę, a co.
Przed wczorajszą wycieczką do kina nie miałam kompletnie żadnego nastawienia. Jak zwykle nie czytałam o filmie, broniłam się przed zobaczeniem trailera. Wiedziałam tylko, że "gościu będzie jeździł samochodem". Tylko czemu "Drive" określano jako film akcji?
Pierwsze minuty to wyjaśniają. Jest napad, jest pościg, jest skok adrenaliny. Od początku jednak widać, że "coś tu nie gra". Główny bohater prawie nic nie mówi, ma maślane spojrzenie i żadnych emocji na twarzy. Jednocześnie jedzie 200 km/h autostradą pod prąd, nad jego samochodem krąży helikopter policji.
Driver jest chłopakiem do wynajęcia (ale tylko na 5 minut! Cóż za piękna kwestia!). Pracuje w warsztacie Shannona (ej, to tata Malcolma!), dorywczo jest kaskaderem na planie filmowym, czasem bierze udział w napadach, a tak w ogóle, to chciałby zostać kierowcą wyścigowym. Dziwnie to brzmi, nie? O dziwo, wszystko tu pasuje.
Film romantyczny?
Później poznajemy go z zupełnie innej strony. W jego życiu pojawia się Irene (żadnych słów, spojrzenia mówią więcej) i jej syn Benicio. Jest pięknie - spotkania, przejażdżki, opieka nad Beniciem, delikatny dotyk. Wszystko bez jakichkolwiek wyznań, aktów miłosnych. Moja kobieca natura skakała we mnie z radości, ale za chwilę pomyślałam: "Driver nie jest takim miśkiem, coś się wydarzy".
Z więzienia wychodzi Standard (latino-złodziejaszek z silnym postanowieniem poprawy)- mąż Irene. Cios? Oczywiście przyjęty na zimno. Nasz bohater skręca części samochodu w zaciszu swojego mieszkania. Późniejsze wydarzenia przewracają wszystko do góry nogami. (Chyba wpędziłam się w streszczanie fabuły, niestety). Zrobię przerwę, nie będę zdradzać wszystkiego, bo pewnie jeszcze nie wszyscy zobaczyliście film.
Motyw poświęcenia chyba jest jednym z moich ulubionych... a może na ten temat po prostu powstają dobre filmy? (Wróciłabym teraz chętnie do "Przełamując fale". Towarzyszyły mi jednak dosyć ambiwalentne odczucia. Jakaś część mnie, chciała powiedzieć "Chłopie, opanuj się, zabieraj kasę i uciekajcie", Driver mnie w pewnym sensie wkurzał. Może to ta męska duma? Zawziętość? Z drugiej strony byłam pełna podziwu, wzruszona. Wiedziałam, jak to wszystko się skończy. Cholera, prawdziwy bohater.
OCENA: 8.5/10
za co?
- wspaniały klimat. (nawet przypomniało mi się, jak parę lat temu grałam zawzięcie w GTA)
- świetna gra aktorska. Jestem w szoku...można grać nawet samymi gałkami ocznymi;)
- kreacja bohaterów (och, uwielbiam zagadki psychologiczne), sam ich dobór - palce lizać!
- mam ochotę przybić piątkę kostiumografowi. no i ta kurtka!
- budowanie napięcia w przemyślany sposób
- absolutnie genialna ścieżka dźwiękowa!
- scena w windzie - jedna z lepszych jakie widziałam w tym roku
- nie nudziłam się nawet przez sekundę (jestem chyba jednak odosobniona w tej opinii, ludzie z filmweba oczywiście się wynudzili...)
-otwarte zakończenie
Nie jestem w stanie wymienić żadnej wady tego filmu! Może jak emocje opadną?
deser:
Marlene
edit: emocje opadły, film został "przetrawiony". Zatem zmiana oceny: z 9.2 na 8.5 - (film nie stracił w moich oczach. Uważam, że jest bardzo dobrym dziełem. Opadł jednak entuzjazm i pewien czar, który przy niektórych filmach utrzymywał się nieco dłużej. Ocena nie ulegnie już zmianie! Ech, być kobietą...:)
Prawdopodobnie najbardziej rozsądny człowiek piszący obecnie na Allmusic, Andy Kellman, skompilował jakiś czas temu na swoim blogu listę ulubionych singli r&b (i krain przyległych) lat osiemdziesiątych. Lista imponuje, ale słuchacza nie zaznajomionego dobrze z tematem może przytłoczyć nadmiarem podobnie brzmiących piosenek, dlatego postanowiłem pomóc - wybrałem utwory stosunkowo reprezentatywne dla całości, a przy tym łatwe w odbiorze, rozpoznawalne i znakomite. Odważnych zachęcam do eksploracji.
Scritti Politti: Perfect Way
Szczególny przypadek, bo to angielskie białasy po metamorfozie Jolanty Kwaśniewskiej i Gok Wana, odrzucające pstrokaty post-punk na rzecz zawsze-modnej popowej elegancji. Aksamit w głosie Gartside'a z początku nie spotkał się z aprobatą Trinny (malkontentki w gorsecie). Czy słusznie, przekonamy się w kolejnych odcinkach - zdradza naszemu reporterowi Dawid Woliński, zdeklarowany przeciwnik nieanalitycznej ekstrawagancji Jacquesa Derridy.
Cherrele feat. Alexander O'Neal: Saturday Love
Ostatnio uroczo przepisane przez Chaza Bundicka,. Cudny, idealnie dopełniający się duet. Lepsze od Prince'a z Apollonią i Roberta z piątkiem. Jeżeli dziś sobota, to jesteśmy zakochani!
Prince: Raspberry Beret
Możecie pomyśleć, że to tylko smyczki. Otóż nie, nie całkiem. Zresztą, za sam pomysł z malinowym beretem, który można kupić w szmatexie, przybijam piątkę.
Michael Jackson: Off The Wall
Singiel z kryminalnie niedocenianego debiutu/najlepszej płyty Jacko. Feeling, lekkość, obcasy stukające o parkiet. Ja nastukany na prawo się patrzę. Pełen luz było widać na twarzy, widocznie już zdążył przysmażyć.
Al. B. Sure: Nite And Day
Ślicznie zmultiplikowane wokalnie, zanurzone w mroku wyznanie miłości dekadencko zadziornego 20-latka (z jedną brwią). I can tell you how I feel about you night and day? I'll love you more in the rain or shine/And makin' love in the rain is fine?
Diana Ross: Upside Down
Wszyscy znają, ale nikt nie wie, że to Diana Ross, ta? Piekielny timing instrumentalistów, wtopienie w czas jest wszystkim, ale niektórzy wiedzą o tym lepiej. Wielbiciele matematycznego r&b znajdą coś dla siebie.
Loose Ends: Hangin On A String
Rozmarzony, ale twardo stąpający po ziemi, ale zwalający z nóg (bas postury Godzilli wkracza na scenę na wysokości 3:29, kto by się spodziewał?). Ludzie powiadają, że dobry podkład do zabijania w GTA 4.
Slave: Just A Touch
Ten groove, hej, kochani, wygibasy basu, a to jedynie dotyk miłości. To bas, nie żadne motylki.
The Isley Brothers: Between The Sheets
Warto zauważyć, że ta dziesiątkowa pościelówa posłużyła za podkład jednemu z najlepszych emce w historii - piękna egzemplifikacja kontinuum czasomuzycznego. Jedynym limitem seksu jest niebo. Jak sobie pościelisz, tak się wykochasz. Biggie nie taki znów mały.
Zapp & Roger: More Bounce To The Ounce
Tak, Dam-Funk nie wyruszył znikąd - szlaki w electrofunkowych eskapadach udanie przecierali inni. Innymi slowy: więcej baunsu, mniej lansu, panie i panowie, a życie będzie piękniejsze.
New Edition: If It Isn't Love
Prezent przypominający wczesne Depeche Mode z Timberlake'em zamiast Gore'a/Gahana, opakowany młodzieńczą energią The Jackson 5, a że trudno to sobie wyobrazić - proszę, wszystkiego najlepszego. Teledysk jest genialny, więc tym bardziej polecam.
Czyli 6 dowodów na to, że muzyczna przyjaźń z Jensem jest tym, czego potrzebujesz.
1. Jest jednym z najlepszych tekściarzy. Bez patosu i "wyszukanych" fraz opowiada o rzeczach tak cholernie bliskich. Przynajmniej dla mnie. Ma w sobie ten smutek, który kocham, a jednocześnie zarzuca wersami, które wydają się być wyjęte z dobrego kabaretu. O dziwo, wszystko do siebie pasuje. Najbardziej rozbrajające są jednak jego teksty narracyjne (polecam Maple Leaves, Postcard to Nina, Black Cab).
2. Przyjemna barwa głosu. Nie spodziewajcie się jednak popisów wokalnych... posłuchacie, zrozumiecie:)
3. Ujemny wręcz współczynnik lansu. Jens raczej nie przypomina Chrisa Martina, czy Paula Banksa... nastolatki mogą być zawiedzione.
Tak, Jens. Ja też mam gorączkę.
4. Poczucie humoru, urok i dystans do siebie (i swoich nieUMIEJĘTNOŚCI..)
5. Melodyjność. (dla mnie to zaleta!)
6. Wykorzystywanie wielu ciekawych sampli.
mogłabym jeszcze dopisać parę punktów, ale po co?
Szczerze polecam muzykę Jensa Lekmana, jak i samą jego postać. Słuchając utworów Davida Bowiego czy Prince'a nie czuję takiej "bliskości". Z Jensem jest inaczej. Mam wrażenie, że mijam się z nim każdego dnia, że jeździ tym samym tramwajem.
PS. Polecam składankę "Oh, you're so silent Jens". Płyta lekko "nieskładankowa", przemyślana, wszystko jest na swoim miejscu, a jednocześnie tak różnorodne.